sierpnia
23
2011
Przez kilka lat trwania dramatu pięcioletniego Piotrusia nikt nie wpadł na pomysł, by rodzicom pomógł specjalista od konfliktów rodzinnych.
Nie doszło do nich w głośnej ostatnio sprawie Piotrusia i jego rodziców: Barbary L. i profesora psychologii J. Czy w ich przypadku byłyby dziś możliwe jakiekolwiek mediacje? W ostatnich dniach dowiedzieliśmy się z mediów, że rodzice nie zgadzają się nawet co do tego, jak dziecko ma na imię…
W związku z dramatyczną historią rodzinną, jak rozegrała się latem w Gdańsku, zostałam poproszona o wypowiedź dla Tygodnika Powszechnego. Więcej można przeczytać tutaj
maja
19
2010
Nie tylko w Polsce zwyczajowo sąd przyznaje opiekę nad dzieckiem matce. Podobnie jest też np. w Austrii, lecz tendencja powierzanie prawa do opieki obojgu rodzicom staje się coraz powszechniejsza. Sądy orzekają tak między innymi w Norwegii, Belgii, Holandii.
Wiąże się to z coraz większą świadomością ojców i walką ich o prawo do uczestniczeniu w życiu dziecka. Można podejrzewać, że odejście od przyznawaniu opieki głównie matkom to tylko kwestia czasu.
Jednak jednej ważnej kwestii nie można zlekceważyć. Prawidłowy rozwój dziecka opiera się nie tylko na kontaktach z obojgiem rodziców, ale także na braku wzajemnej agresji wynikającej z akceptacji istniejącego stanu rzeczy. W innym wypadku dziecko używane jest instrumentalnie, co zawsze ma zły wpływ na jego psychikę. Niestety używanie dziecka by udowodnić coś byłemu małżonkowi zdarza się, a jedną z konsekwencji bywa nabycie przez młodego człowieka zwyczaju manipulacji uczuciami bliskich mu osób dla osiągania własnych celów. To wróży niepowodzenia w jego przyszłej rodzinie w dorosłym życiu.
kwietnia
16
2010
Nie wszyscy zgłaszający chęć podjęcia mediacji mają na celu porozumienie. Niestety zdarza się, że propozycja podjęcia mediacji jest pomysłem na ukazanie siebie innym w dobrym świetle, na tle drugiej strony konfliktu. mediator ma w tym wypadku być arbitrem, który “powie temu drugiemu, że nie ma racji”. Wtedy własne racje ulegają dalszemu wzmocnieniu, a proces dochodzenia do porozumienia jest niemal niemożliwy.
Tym, co pozwala podejrzewać takie intencje jest informowanie wielu osób o propozycji podjęcia mediacji, gotowości do niej zanim jeszcze do niej dojdzie. W oczach słuchacza mozna wtedy wypaść korzystniej, jako osoba skłon na do kompromisu i pojednania.
W wyjątkowych przypadkach dochodzi do rozesłania informacji o potrzebie mediacji do różnych ośrodków, by powiadomić o swojej sprawie jak najwięcej osób.
Takie podejście przynosi wręcz odwrotny skutek. O wiele lepsze efekty da znalezienie mediatora, z którym nawiąże się dobry kontakt. Im mniej osób angażuje się w konflikt wymagający mediacji, tym lepiej. Wpływ innych osób łatwo może zakłócić proces znajdowania porozumienia opartego na priorytetach i ustępstwach obu stron konfliktu.
sierpnia
12
2009
Z mediacji korzystają osoby, które mają poczucie, że wykorzystały już wszystkie znane sobie sposoby by zakończyć konflikt, w którym się znajdują.
Jest to dobry moment na osobiste refleksje na temat własnego życia i pewnych podsumowań. Przemyślenia, co jest ważne w moim życiu, czym jest dla mnie satysfakcjonujący związek, co czuję do partnera/ partnerki ułatwiają nie tylko mediację, ale i pomagają w odzyskaniu równowagi emocjonalnej.
Osoby czujące się chrześcijanami mogą w takich szczególnych momentach życia zadać sobie trzy pytania, które zaczerpnęłam z wywiadu z ks. Adamem Bonieckim z Tygodnika Powszechnego. Pytania te mają ścisły związek z przypowieścią o talentach z Ewangelii.
- Jak wykorzystałem/łam pierwszy talent – istnienie: Jak istnieję, co jest w moim życiu najważniejsze, jakie wartości realizuję.
- Jak korzystam z drugiego talentu- człowieka obok mnie: jaki jestem dla swoich bliskich i innych ludzi.
- Jak korzystam z tego co zakopane w moim życiu, ze skarbnicy pamięci: jak i co z niego czerpię, co nie pozwala mi zrozumieć swojego teraz, co z mej przeszłości przeszkadza mi zmieniać swoją teraźniejszość w sposób konstruktywny.
W konflikcie uwaga w dużym stopniu skierowana jest na partnera, który jest traktowany jako przeciwnik. Tym samym autorefleksja, która jest podstawą do konstruktywnego przekształcenia konfliktu w dynamiczne porozumienie znajduje się na marginesie, lub nie ma jej w ogóle. Silne emocje z poczuciem, że ich przyczyną jest druga osoba sprawiają, że koncentrujemy się na zmianach zewnętrznych zaniedbując swoje wnętrze.
Czas kryzysu, choć tak trudny, jest dobrym momentem na przeprowadzenie osobistych rozrachunków ze swoim życiem. Pomoże to nie tylko w uzyskaniu dystansu i zrozumienia własnych emocji. W dłuższej perspektywie pozwoli zrozumieć partnera – przeciwnika oraz znaleźć i wprowadzić w życie procedury umożliwiające porozumienie.
marca
18
2009
Są programy telewizyjne “na żywo”, w których biorą udział ludzie pozostający w trudnej relacji, podzieleni emocjami. Do refleksji nad tymi programami skłoniła mnie prośba redaktora jednego z nich. Poszukiwał osób w konflikcie, które zgodziłyby wystąpić w takim programie.
Jakie trzeba mieć podejście do konfliktu by pokazywać go milionom innych osób? Czego można się spodziewać po upublicznieniu swoich emocji? Czy udział w takim programie może pomóc w porozumieniu lub w prawdziwym wybaczeniu?
Być może “teatralność” takiego pokazu w telewizji, możliwość przedstawienia siebie w lepszym świetle daje złudne poczucie przewagi, posiadania racji. Czy jeśli przedstawię swój punkt widzenia na oczach tysięcy widzów, druga strona przyjmie go łatwiej? Przecież też będzie miała szansę wypowiedzi. Czy telewidzowie pomogą nam się porozumieć? Czy krótkie wypowiedzi zaproszonych ekspertów pomogą konstruktywnie załatwić sprawę?
W wielu przypadkach już sama decyzja, by wziąć udział w mediacji jest trudna. Zwrócenie się do obcego człowieka z prośbą o pomoc w prywatnych problemach nie jest łatwe i wiąże się z determinacją i świadomością, że wszystkie inne metody już się wyczerpały.
Wartość takich spektakli można byłoby ocenić przeprowadzając wywiady z uczestnikami po kilku latach od programu. Obawiam się jednak, że nie byłyby one tak spektakularne jak program o konflikcie, a być może nawet nie optymistyczne.
lutego
24
2009
Koniec roku zawsze łączy się z przyjemnymi zdarzeniami: Święta, Sylwester. Co ciekawe, w tym roku wiele artykułów i programów w środkach masowego przekazu ujawniło inny, mniej miły aspekt tych dni. Także ja zostałam poproszona o krótki komentarz dla Teleexpressu na temat: jak przetrwać kłótnie przy wigilijnym stole.
Dotąd był to temat tabu. Nikt nie ośmielał się głośno mówić o negatywnych emocjach, które pojawiają się w święta, a szczególnie w czasie wieczoru wigilijnego. A przecież zdarza się, że podczas uroczystej, rodzinnej kolacji dochodzi do nieprzyjemnych scen. Dlaczego tak się dzieje? Jeśli żyjemy w mentalnym i uczuciowym oddaleniu, zazwyczaj nie przywiązujemy wagi do samopoczucia naszych bliskich. Codzienność składa się z obowiązków wypełnianych na zmianę i komunikatów wymienianych rutynowo. Gdy przychodzi dzień, w którym powinniśmy być dla siebie mili, okazuje się, że z dawnych ciepłych uczuć pozostała tylko pusta forma. Świętujemy realizując wieloletnie rytuały: kupujemy mniej lub bardziej trafione prezenty, przygotowujemy tradycyjne potrawy, ubieramy choinkę, składamy sobie konwencjonalne życzenia. Traktujemy to wszystko jako obowiązek, realizowany częstokroć wyłącznie ze względu na dzieci. Więzi z dalszą rodziną są luźne, a często obciążone nierozwiązanymi konfliktami z przeszłości. Zmuszeni przez tradycje do siedzenia przy jednym stole, nie jesteśmy w stanie pohamować niezadowolenia. Wylewamy żale dotąd trzymane w ukryciu, oskarżenia same pchają się na usta. Nikt nie chce być tym “złym”, więc zamiast przepraszać, zaczynamy bronić się wywlekając krzywdy, które uczynili nam inni. Zawsze łatwiej zobaczyć się w jasnym świetle, jeśli oczerni się kogoś innego.
Ci, którzy proponują uspokojenie, dolewają tylko oliwy do ognia. Kłótnia nabiera na sile, a przecież rodzina spotkała się ze względu na święta, których duchowy wymiar jest znany wszystkim. W końcu rozchodzimy się z ulgą.
Takie są realia wielu polskich rodzin. Nic więc dziwnego, że w efekcie zmian kulturowych rozpada się więcej małżeństw niż 30, 40 lat temu. Często jest już za późno na ratowanie pozytywnych uczuć, które pokryte zostały wieloma warstwami lekceważenia, egoizmu i nieczułości.